Przeprowadźmy pewien eksperyment myślowy. Cofnijmy się do czasów niemowlęcych, gdzie naszą główną metodą transportu było raczkowanie. Przebieramy więc łapkami i nogami po naszym świecie i wszędzie możemy sięgnąć. Nie ma zbyt wysokich półek, czy foteli. Ponadto nasze ciało jest przystosowane do poziomej pozycji i wszystkie osoby, które znamy poruszają się tak samo – „na czterech”. W takich okolicznościach nie zaczęlibyśmy prostować swojej pozycji i uczyć się chodzić. Dlaczego? Brak frustracji. Po co mamy chodzić, skoro ani my od siebie, ani otoczenie od nas tego nie wymaga. Opuszczając świat fantazji i wracając do realnego, niemowlaki muszą nauczyć się chodzić, ponieważ są sfrustrowane. Nie mogą wykonywać niektórych czynności, nie sięgają do stolików. Innymi słowy, świat przystosowany jest do poruszania się w pozycji pionowej. Dochodzi do tego jeszcze aspekty społeczny, gdzie każdy wymaga, by dziecko nauczyło się chodzić. To podstawowy wzór rozwoju, niezbędny w każdej innej sytuacji. Frustracja rodzi rozwój. Jeśli jesteśmy z czegoś niezadowoleni chcemy to zmienić. Nie będziemy uczęszczać na siłownie 6 razy w tygodniu jeśli nasze ciało nas nie frustruje. Nie będziemy uczyć się do egzaminów, jeśli zadowalają nas niskie oceny. Pokonywanie frustracji często nazywane jest „opuszczaniem strefy komfortu”. Moim zdaniem lepszym terminem byłoby „pokonywanie samego siebie”. Przeprowadźmy jeszcze jeden eksperyment myślowy. Cofnijmy się do momentu, gdy osiągnęliśmy coś dla siebie ważnego. Czy to będzie zdany egzamin? A może awans społeczny? Cokolwiek by to nie było, cofnijmy się do tej chwili. Poczujemy radość, przyjemność i spełnienie. A teraz cofnijmy się do chwil sprzed naszego osiągnięcia, do chwil gdzie staraliśmy się osiągnąć nasz cel. Co tam znajdziemy? Frustracje. Złość, że mogę nie zdać egzaminu, gniew spowodowany poczuciem bezsilności. Tym właśnie jest rozwój. Jest drogą, której start zaczyna się w niezadowoleniu a kończy spełnieniem.

Jak przejść od frustracji do rozwoju? Zapewne każdy z nas miał kontakt z osobami, które nie są zadowolone ze swojej obecnej sytuacji, ale nic z nią nie robią. Zatem czy w równaniu pojawia się błąd? Nie ale zapomnieliśmy o jednej zmiennej. Frustracje musimy podzielić przez nasz współczynnik tolerancji. Współczynnik tolerancji to zwyczajnie stopień w jakim jesteśmy w stanie znieść daną sytuacje. Jest to również jedyny czynnik, na który mamy wpływ. Zobaczmy to na prostym przykładzie. Zostajemy wrzuceni do jeziora, lecz nie potrafimy pływać. Rośnie w nas lęk i frustracja, że możemy utonąć. Jesteśmy jednak ubrani w kamizelkę ratunkową, która skutecznie utrzyma nas na powierzchni wody. Po chwili panicznego szamotania się zauważamy, że nie toniemy. Nasza tolerancja co do braku umiejętności pływania zwiększa i jest już większa niż sama frustracja. Nie uczymy się wtedy niczego. W drugiej sytuacji sami idziemy na basen i również nie potrafimy pływać. Wskakujemy na głęboką wodę i zaczynamy walkę z pożerającą nas wodą. Poziom frustracji przekracza poziom tolerancji co wręcz wymusza na nas błyskawiczne nabycie umiejętności machania rękoma i nogami. Zdyszani wychodzimy na brzeg z umiejętnością pływania.
Są to uproszczone sytuacje lecz idealnie odzwierciedlają naszą kontrolę w cyklu rozwojowym. Możemy całe życie nosić kapok i denerwować się wszechobecną wodą ale nic z tym nie robić „bo i tak nie zatoniemy”. Możemy też zdjąć kamizelkę, podnieść swój poziom frustracji i nauczyć się pływać, by już więcej zwykły skok do wody nie sprawiał nam problemu.

Rozumienie wzoru jest proste. Frustracje i tolerancje umieszczamy na skali od 1 do 100 punktów, gdzie 1 oznacza brak np. frustracji a 100 jej maksymalny poziom. Jeśli po podzieleniu frustracji przez tolerancje uzyskamy wynik większy od 1, mamy do czynienia z rozwojem. Dlatego pamiętajmy, to my decydujemy na ile będziemy tolerować to, co się z nami dzieje. Im mniej będziemy tolerować porażki tym bardziej się rozwiniemy. A rozwój to prosta droga do spełnienia.

Tekst: Jakub Koronowski